Sportowcem wszech czasów wciąż jest… rzymski woźnica!

Data publikacji: 2020-04-05
'The Chariot Race' - obraz Sándora Wagnera
'The Chariot Race' - obraz Sándora Wagnera

 

Gdy magazyn „Forbes” publikuje listy najbogatszych sportowców świata, zawsze wywołuje to ogromne emocje – tak było np. w czerwcu 2018 r., kiedy 1. miejsce zajął bokser Floyd Mayweather. Łączny zarobek sportowca wyniósł 285 mln dolarów, co oczywiście nadal robi ogromne wrażenie, ale… jest niczym w porównaniu z dochodami, jakie osiągali woźnice rydwanów ze starożytnego Rzymu. A współczesne, nawet największe imprezy sportowe? Na tle wyścigów organizowanych w rzymskim Circus Maximus (Wielki Cyrk) wypadają bardzo blado…



Circus Maximus był usytuowany pomiędzy wzgórzami Palatynu i Awentynu

 


Circus Maximus
to największy i najwspanialszy cyrk starożytnego Rzymu. Dziś wyraz „cyrk” oznacza dla nas namiot, w którym odbywają się pokazy akrobatów i tresowanych zwierząt, jednak dla dawnych Rzymian było to miejsce, gdzie organizowano m.in. wyścigi rydwanów. Wielki Cyrk wielokrotnie rozbudowywano, a w ostatecznej wersji mieściło się tu aż 255 000 widzów (wg poświadczeń Pliniusza Starszego i Pliniusza Młodszego)! Widowiska cyrkowe były niezwykle popularne wśród Rzymian, którzy podczas oglądania zmagań woźniców wpadali w furor circensis, czyli masowe szaleństwo wywołane ogromnymi emocjami sportowymi. Każdy wiedział o tym, że trzeba być jak najwcześniej, by zająć najlepsze miejsca. Circenses były też świetną okazją do… poderwania dziewczyny, co tak opisał Owidiusz w „Sztuce kochania”:  

 

Cyrk jest również dobrym gruntem
do robienia znajomości.
Siądź przy lubej jak najbliżej.
Ujdzie to śród tłoku gości.

 

Ciasnota cię zmusi wkrótce
przycisnąć się jeszcze bardziej.
Dziewczę zniesie to cierpliwie…
Rozmową twą też nie wzgardzi.

 

Widząc konie na arenie —
chwal te, które ona chwali.
Widząc bóstwa — pochwal Wenus,
co twe serce żarem pali…

 

Owidiusz, „Sztuka kochania” w tłum. Juliana Ejsmonda

 


Rozpoczęcie wyścigów było bardzo uroczyste i pełne przepychu. Wysoki rangą urzędnik państwowy (lub nawet sam cesarz!) rzucał na arenę białą serwetkę, co oznaczało start i początek niekontrolowanego szaleństwa. Choć woźnice najczęściej wywodzili się z najniższych warstw społecznych (niewolników lub najbiedniejszych Rzymian), ich sukcesy na torze mogły zapewnić im ekspresowy awans społeczny, sławę, powszechny, szacunek, ogromne pieniądze i uwielbienie płci pięknej. Zawodnicy dołączali do tzw. frakcji (factiones). Czasem mówi się o większej ilości stronnictw, jednak na pewno można wymienić 4 podstawowe: Biali (factio albata), Niebiescy (factio veneta), Zieloni (factio prasina) i Czerwoni (factio russata). Oczywiście każdy kibic miał swoją ukochaną drużynę, którą głośno wspierał – jak można się domyślać, rywali należało wygwizdać i ośmieszyć. Bardzo popularne były zakłady, a najbardziej zapaleni i najbogatsi Rzymianie potrafili postawić cały swój majątek! Niekiedy kibicowskie spory przekształcały się w coś znacznie straszniejszego – wyścigi były uwielbiane także przez niektórych cesarzy, co prowadziło np. do wymordowania wrogów Niebieskich (na rozkaz cesarza Witeliusza) lub woźniców z frakcji Zielonych (na rozkaz cesarza Karakalli).



Gajusz Apulejusz Diokles

 

W niektórych okresach historii bywało z tym różnie*, ale ogólnie przyjmuje się, że każdy woźnica musiał wykonać 7 okrążeń. Najczęściej używano rydwanów 2-konnych i 4-konnych, a same rozgrywki były dość brutalne i często krwawe** (dopuszczano np. spychanie rydwanu rywala) – niebezpieczeństwo było tak ogromne, że zwycięzców automatycznie uważano za bohaterów, co było też widoczne w spektakularnych zarobkach, często przewyższających płace np. senatorów. Jeśli chodzi o dochody, rekordzistą wszech czasów wciąż jest Gajusz Apulejusz Diokles (ur. w 104 r.). Karierę woźnicy rozpoczął jako 18-latek, a pierwszy smak zwycięstwa poczuł 2 lata później. Wystartował w 4257 wyścigach, z czego wygrane przypadły mu aż 1462 razy. Dziś szacuje się, że w przeliczeniu na dzisiejsze dolary łącznie zarobił… 15 mld! Tego sukcesu nie byłoby bez wspaniałych koni – do dziś znane są imiona niektórych z nich (m.in. Abigeius, Galata, Pompeianus czy Cotynus). Na sportową emeryturę przeszedł w wieku 42 lat, co dla kibiców było tak ważnym wydarzeniem, że postanowili ufundować wspaniałą inskrypcję. Do dziś nie wiemy, czy Gajusz Apulejusz Diokles urodził się jako wolny człowiek czy niewolnik, a dodatkowo wg niektórych badaczy mógł być analfabetą. Pewne jest to, że urodził się w Luzytanii, ówczesnej prowincji rzymskiej, która obejmowała dzisiejsze tereny Portugalii i część Hiszpanii – z tego powodu Hiszpanie cały czas uważają, że to ich rodak. Co więcej, upływ czasu nie zaciera pamięci o sportowcu wszech czasów – w 2004 r. wydano o nim książkę  (El auriga de la Hispania)!



Praca francuskiego malarza Jeana-Leona Gerome

 

Na starcie każdy zaprzęg pięknie się prezentował, co było zasługą wielu osób. Każda frakcja zatrudniała sztab ludzi, w tym m.in. samych woźniców, trenerów, rymarzy (wytwarzali np. siodła i inne przedmioty ze skóry), stajennych, krawców, weterynarzy czy luzaków. Aby zostać woźnicą, należało przejść długie i trudne szkolenie, a następnie cały czas dbać o formę. Nie inaczej było z końmi! Rzymianie sprowadzali je z Hiszpanii, Grecji, Włoch czy Afryki. Trening trwał 3 lata, a kariera sportowa musiała zakończyć po 5 latach występów w wyścigach. Bardzo dbano o olśniewający wygląd koni – w grzywy wplatano klejnoty, uprząż ozdabiano perłami, kolor wędzidła odpowiadał danej frakcji. Bardzo ciasno wiązano ogony, jednak było to spowodowane bardziej kwestiami bezpieczeństwa. Zwycięskie konie również stawały się sławne i tak samo były uwielbiane przez kibiców konkretnego stronnictwa! Popularne było np. zamawianie u garncarzy lamp z wyrytymi imionami ulubionych koni czy wykonywanie pochwalnych mozaik, choć zaciekli wrogowie mieli też w zwyczaju kupować…  blaszki z wyciętymi imionami zwierząt i wulgaryzmami. Przykładem oddanego kibica może być Pompejanus, który oddał hołd koniowi o imieniu Polidoksus. Napis na mozaikowej posadzce głosi: „Czy zwyciężysz, czy nie, kochamy ciebie, Polidoksusie!” (Vincas, non vincas, te amamus, Polydoxe!).

 

Starożytni Rzymianie wręcz kochali wyścigi rydwanów, a każde wyjście do Cyrku Wielkiego było ogromną przyjemnością i rozrywką. Najlepsi woźnice i najwspanialsze konie szybko stawali się sławni, choć czasem płacili za to najwyższą cenę. Pamięć o niektórych z nich przetrwała do dziś, a szczególnie warto pamiętać o tym, że to właśnie Gajusz Apulejusz Diokles nadal jest sportowcem wszech czasów.

 

 

 

 

*Cały czas dbano o to, by programy były coraz atrakcyjniejsze – z tego powodu zwiększano liczbę wyścigów, które miały odbyć w ciągu 1 dnia (za panowania dynastii Flawiuszów było to aż 100 wyścigów!), a co za tym idzie, zmieniano też liczbę okrążeń.
** Większość woźniców szybko umierała (np. Tuskus zmarł w wieku 24 lat, Krescens jako 22-latek), jednak ich powszechny szacunek nie znikał w momencie śmierci. Rzymscy woźnice byli upamiętniani np. przez poetów.
 
 










tekst i opracowanie: equista.pl, fot. North Wind Picture Archives