Sylwetka: Witold Niemojewski - Konie dały mi wszystko

Data publikacji: 2016-03-04
Sylwetka: Witold Niemojewski, Konie dały mi wszystko

 

Jesienne i zimowe wieczory to doskonała okazja do długich i ciekawych rozmów. Do jednej z nich zaprosiliśmy doświadczonego szkoleniowca, a wcześniej także zawodnika - Witolda Niemojewskiego, który wyszkolił całą rzeszę koni i zawodników, a pod którego czujnym okiem trenują teraz m.in. Joanna Tłuszcz, Aleksandra Szary, Anna Szary-Ziębicka i Michał Ziębicki. 

 

Equista.pl: Bardzo dziękujemy za możliwość rozmowy! Proszę opowiedzieć nam o swoich początkach, o tym jak zaczynał Pan swoją 'przygodę’ z końmi?

Witold Niemojewski: Nie ma problemu, postaram odpowiedzieć na wszystkie pytania (śmiech). Zaczynałem w domu u rodziców na Kielecczyźnie w Olesznie koło Włoszczowej. Rodzice hodowali konie do wojska i folbluty na wyścigi. Zaczynałem jeździć pewnie gdzieś w wieku 4 lat.

 

Equista.pl: To bardzo wcześnie! Czym to było spowodowane? 

Witold Niemojewski: Tak wcześnie, ale było to spowodowane względami praktycznymi. Zwierzęta i natura otaczały wtedy ludzi. Były częścią ich życia. Nie dało się wtedy żyć bez udziału konia.

 

Equista.pl: Proszę coś opowiedzieć o tamtych czasach, miejscu w którym się Pan wychowywał. Jakie ma Pan związane z tym okresem wspomnienia? 

Witold Niemojewski: Wspomnień mam sporo i oczywiście dużą część historii pamiętam z opowieści. Moja rodzina od pierwszej połowy XVII wieku posiadała właśnie na Kielecczyźnie sporo ziemi. Było to w Olesznie koło Włoszczowej, a w Woli Świdzińskiej był mój dom rodzinny, gdzie urodziłem się w 39 roku. Konie w naszej rodzinie były ‚od zawsze’. Już mój dziadek Sergiusz Niemojewski brał udział w wyścigach i biegach myśliwskich. Jedną gonitwę im. Jana Zbijewskiego wygrywał aż 9 razy. 

 

wywiad Sylwetka: Witold Niemojewski - Konie dały mi wszystko equista.pl

 

Equista.pl: Można śmiało powiedzieć, że konie miał Pan ‚we krwi’! Czy mógłby Pan przybliżyć nam jak wyglądało życie w tamtych czasach? 

Witold Niemojewski: Życie składało się wtedy przede wszystkim z ciężkiej pracy. Mój ojciec posiadał pewnie z 1600 hektarów lasów, pól rolnych, stawów itd. Żyło się z rolnictwa, myślistwa, drewna. Ludzie mimo ciężkiego życia mieli wtedy czas dla innych. W naszym domu stale ktoś się pojawiał. Częstym gościem był major Henryk Dobrzański - Hubal. Znani byliśmy z organizacji doskonałych polowań z chartami i spotkań towarzyskich. A wracając do koni. W tamtych czasach bez konia nie było życia. W całej mojej rodzinie wszyscy doskonale jeździli konno i zaprzęgami, czy to kobiety, czy mężczyźni. Zaprzęgami na przykład mama moja jeździła lepiej niż tato (śmiech).

 

Equista.pl: Wspaniałe osobistości gościły w Pańskim domu! Jako rodzina mieliście ugruntowaną pozycję, jak bardzo zmieniło się to podczas wojny? 

Witold Niemojewski: I i II wojna światowa przyniosły największe zmiany. Wbrew pozorom najwięcej nasze ziemie, dom rodzinny itd. ucierpiały jednak po wojnach, za czasów komunizmu. Moi rodzicie, szczególnie tato musieli uciekać i cały czas się przemieszczać. Ja i moje rodzeństwo byliśmy ‚polokowani’ w różnych miejscach. Ja w internacie u księży Zmartwychwstańców w Krakowie, później w internacie technikum rolniczego, które kończyłem. Całą rodziną dopiero znowu razem zamieszkaliśmy w Sopocie po roku 50, kiedy to moi rodzice mogli osiedlić się już na stałe. Nie był to jednak przyjemny czas, często ubecy o 4 rano przewracali nam dom do góry nogami.

 

Equista.pl: Taka tułaczka i ciągła zmiana zamieszkania musiała być bardzo ciężka. Proszę powiedzieć, po tej stabilizacji, osiedleniu się na stałe jak szybko wrócił Pan do koni?

Witold Niemojewski: Wróciłem i już w roku 59 byłem w Plękitach (po II wojnie światowej utworzono tam Stadninę Koni – przyp.red.) na praktyce, co trwało jakieś 2 lata. Później tam pracowałem.

 

wywiad Sylwetka: Witold Niemojewski - Konie dały mi wszystko equista.pl

 

Equista.pl: Jak wyglądała w tamtych czasach taka praktyka? Z jakimi obowiązkami się ona wiązała? 

Witold Niemojewski: Jeździłem konno i zaprzęgami. Przygotowaliśmy konie do sprzedaży dla kawalerii do Szwajcarii. Musiały być zajeżdżone pod siodłem i przyuczone do zaprzęgu. W tamtych czasach głównie z tego utrzymywały się stadniny, choć i tak częściowo było to dofinansowane przez państwo. 

 

Equista.pl: To sporo obowiązków, jak na praktykanta. Z pewnością wiele osób przewijało się wtedy w środowisku jeździeckim, kto utkwił Panu w pamięci z tamtych lat? 

Witold Niemojewski: Najniebezpieczniejszy to był Zygmunt Krzysztofik. Był ówczesnym dyrektorem i niesamowicie trzymał dyscyplinę. Ganiał nas wszystkich i baliśmy się go jak ognia (śmiech). Później za czasów dyrektora Tadeusza Czermińskiego i kierownika Przybylaka już było lepiej, spokojniej. Pamiętam, że za moich czasów jeździł np. Władysław Byszewski, jeden z najlepszych jeźdźców tamtych czasów, Marian Babirecki, Bolesław Orłoś, Jan Grabowski. Pamiętam też Stawińskiego ze Starogardu Gdańskiego, jeździł międzynarodowe konkursy. Z Braniewa był jeszcze Edward Perzyna, a z Liszek Antek Pacyński.

 

Equista.pl: To bardzo ważne osoby dla polskiej historii jeździectwa. Proszę powiedzieć jak wyglądało wtedy zaplecze trenerskie? 

Witold Niemojewski: Trenerami byli oficerowie dawnej kawalerii. Moim był podpułkownik Karol Rómmel. Jeździłem u niego stale przez chyba 5 lat. Pamiętam też majora Henryka Roycewicza, który stacjonował w Warszawie, a w Kwidzyniu w zakładzie treningowym był major Leon Kon. W Liskach był, jeśli dobrze pamiętam Witold Olędzki, a w Krakowie major Adam Królikiewicz. Jeszcze przypominają mi się dwaj bracia: Jasiu i Stasiu Kubiak z Kwidzynia, doskonali masztalerze, którzy wyjechali później do Belgii. To były najważniejsze osoby, jakby to powiedzieć dowodzące wtedy polskim jeździectwem.

 

Equista.pl: Tamte czasy prezentowały się zupełnie inaczej, niż dzisiejsze. Jakie zmiany są największe? 

Witold Niemojewski: Tak było zupełnie inaczej. Nie było ani prywatnych koni, ani trenerów. Wszystko było państwowe. Jeździli tylko nieliczni w stadninach i klubach jeździeckich. 

 

wywiad Sylwetka: Witold Niemojewski - Konie dały mi wszystko equista.pl

 

Equista.pl: Co dały Panu tamte czasy, uczestnictwo w tym wszystkim? Czego się Pan nauczył o jeździectwie? 

Witold Niemojewski: Wielkiej dyscypliny, punktualności, synchronizowania obowiązków. Mieliśmy dokładnie rozpisywany plan na cały dzień, jakie konie miały iść na jazdę, jakie konie się miało lonżować itd. Umiałem jeździć różnorakimi zaprzęgami, jedno i paro konnymi. Dosiadało się wszystkie konie na jednym siodle i jednym ogłowiu. Teraz to nie do pomyślenia, ale wtedy na to nie zwracano uwagi. Człowiek był już dumny, że dostał ‚swoje’ siodło, bo to znaczyło, że coś znaczył i miał już jakieś umiejętności.

 

Equista.pl: Które z umiejętność zdobytych wtedy, najbardziej punktowało w dalszym Pana życiu? 

Witold Niemojewski: Podstawy ujeżdżenia, których nauczył mnie Rómmel. Z nim też byłem na plenerze w Starogardzie Gdańskim, gdzie przygotowaliśmy aktorów do ról w ‚Krzyżakach’. Musieli trochę umieć jeździć, więc ich uczyliśmy. Później byłem w tym filmie statystą. A wracając do umiejętności! Faktycznie jak wyjechałem na zachód to wiele rzeczy mi się przydało z tych lekcji ujeżdżenia. Jednak dopiero za granicą nauczyłem się wszystkiego co najważniejsze. I prawidłowej pracy z młodym koniem oczywiście.

 

Equista.pl: Proszę w skrócie powiedzieć, jak taka prawidłowa praca z młodym koniem powinna wyglądać ? 

Witold Niemojewski: Na młodego konia patrzy się trochę jak na dziecko. Musi być prawidłowo rozwinięty aby rozpocząć pracę. Zawsze zwracałem uwagę na to, czy koń zapamiętuje wiedzę, którą dostaje na treningach, czy też nie. Trening skokowy powinno się zaczynać od wygodnych ćwiczeń dla zwierzęcia. A ogólny trening powinien być dopasowany do konia, a nie zwierzę do treningu. Konie są takie jak ludzie, jedne zapamiętują wszystko w mig, inne na drugi dzień już nic nie pamiętają. No i najważniejsze w tej pracy to nie spieszyć się. Cały czas sobie powtarzać: ‚jak nie dziś to jutro’ i ‚spiesz się pomału’.

 

Equista.pl: Bardzo trafne podsumowanie. Chyba tego spokojnego podejścia brakuje wielu osobom. Kiedy zetknął się Pan z wielkim światem jeździeckim? 

Witold Niemojewski: Tak, brakuje, ale mnie też brakowało. Nie od początku rozumiałem takie rzeczy. W 68 roku wyjechałem, no można powiedzieć uciekłem do Austrii. Nie od początku miałem kontakt z wielkim światem jeździeckim. Najpierw pracowałem tam fizycznie. Wstawałem i rano od 5-7 wyrzucałem obornik od koni, później jechałem pracować do winnic, tak żeby o 18.00 znowu być w stajni i jeździć konie. Trwało to jakiś czas, aż nauczyłem się trochę języka. Zmieniłem pracę i pomagałem układać prywatne konie do polowań. Później zaproponowano mi posadę w sportowej stajni niedaleko Kremsu. Tam już miałem kontakt z końmi sportowymi, trenowałem, pracowałem przy koniach, byłem w sumie od wszystkiego.

 

wywiad Sylwetka: Witold Niemojewski - Konie dały mi wszystko equista.pl

 

Equista.pl: Brzmi imponująco, dlaczego wybrał pan tak trudną ścieżkę, tak wiele zawodów i ciężką pracę? 

Witold Niemojewski: Trudno powiedzieć, że coś wybierałem, starałem się rozwijać. Byłem przyzwyczajony do tej ciężkiej pracy i bardzo chciałem coś osiągnąć. Po jakimś czasie stwierdziłem, że mogę spróbować stworzyć swoją stajnie. W tamtych czasach i w tych rejonach mało kto jeździł konno, więc żeby mieć z czego żyć od 6-14 pracowałem w hucie i od 14.00 pracowałem w mojej stajni, którą rozbudowywałem. Męczyłem się tak z 3 lata po czym wydzierżawiłem stajnie jednemu profesorowi i wyjechałem do Szwajcarii.

 

Equista.pl: Dlaczego akurat do Szwajcarii?  

Witold Niemojewski: Pojechałem w okolice St. Gallen do pracy u jednego milionera w jego stajni pensjonatowej. Byłem tam managerem stajni i jeździłem też konie. Przygoda trwała niezbyt długo, bo wykupił mnie konsul, który postawił ośrodek na granicy Liechtensteinu i Austrii. Pracowałem tam razem z Hugo Simonem. Rozkręcałem ten ośrodek, prowadziłem jazdy i stworzyłem szkółkę 3-letnią dla berajtrów.

 

Equista.pl: To był początek Pana sukcesów w świecie jeździeckim? 

Witold Niemojewski: Można powiedzieć, że tak. To właśnie tam pierwszy mój jeździec pojechał Mistrzostwa Europy Juniorów, które wtedy odbywały się w Dorbirn w Austrii. Była to Elizabeth Berthold i znalazła się tam w pierwszej 10-siątce. To był taki pierwszy sukces mój jako trenera. Otworzyło to też inne drzwi, zaproponowano mi obywatelstwo austriackie pod warunkiem, że będę jeździł w ich barwach i dla nich pracował. Później w 1984 roku złoty medal na ME Młodych Jeźdźców we Włoszech wywalczyła moja podopieczna Monika Hirsch na koniu Maraton. W 1986 roku Ewa Ortchuber na koniu Nortlights zdobyła brązowy medal na ME Juniorów w Irlandii. To jakieś tam moje osiągnięcia jako trenera (śmiech). W Austrii prowadziłem też szkołę berajtrów, która podlegała pod Ministerstwo. 

 

Equista.pl: Imponujące dokonania trenerskie! Jak trudne to było dla Pana zadanie? 

Witold Niemojewski: Wtedy wydawało mi się, że nie tak trudne (śmiech). Znowu rozbudowałem ośrodek, tym razem w Amstetten. Organizowaliśmy tam największe zawody wtedy, np. ME w ujeżdżeniu. Tam nauczyłem się najwięcej, jeśli chodzi np. o prowadzenie szkół jeździeckich. Miałem zaszczyt pracować m.in. z Georg Wahl, który był jednym z głównych trenerów austryjackich. Jego dziewczyna jeździła Mistrzostwa Świata i olimpiady, nazywała się Christina Steigenberger.

 

wywiad Sylwetka: Witold Niemojewski - Konie dały mi wszystko equista.pl

 

Equista.pl: Czego takiego nauczył się Pan od tego akurat trenera? 

Witold Niemojewski: Przede wszystkich prawidłowego ujeżdżenia. Oczywiście to za krotki czas, żeby zostać  perfekcjonistą. Nie każdy potrafi robić piaffy i pasaże. Dało mi to wiele w moim jeździectwie, pokazało jak ważna jest prawidłowa i systematyczna praca z końmi. 

 

Equista.pl: Zdajemy sobie sprawę, że są to podstawy. Mimo to proszę powiedzie co jest najważniejsze w takiej pracy? 

Witold Niemojewski: Im więcej się współpracuje z dobrymi trenerami i jeźdźcami, tym więcej się człowiek uczy. W Polsce często brakuje taki podstawowych rzeczy, które już od dawna są na zachodzie. Tam fachowcy w wolnym czasie rozmawiają ze sobą, dyskutują o metodach treningu, o wszystkich pomocach, którymi można dojść do celu. Tak długo coś jest pomocą jeśli w humanitarny sposób działa na konia. U nas przede wszystkim brakuje dialogu. 

A same konie? Powinno się je uczyć tak jak dzieci, etapami: przedszkole, szkoła podstawowa, gimnazjum, liceum, studia. Ileś tam lat trwa takie szkolenie i nie każdy dochodzi do najwyższego poziomu.

 

Equista.pl: A co warunkuje, że jakiś koń dochodzi najwyższego poziomu? 

Witold Niemojewski: W sumie wszystko. Było tak czasem, że mi się wydawało, że jakiś koń nadaje się na wysokie konkursy skokowe czy ujeżdżeniowe, bo miał wszystko: prawidłowe chody, budowę, siłę itd. Niestety okazywało się też, że nie miał głowy, nie zapamiętywał, stresował się. Czasami taki koń chodził wysokie konkursy, ale potrzebował znacznie więcej czasu, niż wydawałoby się jakiś inny, z mniejszymi predyspozycjami, ale lepszą głowa. To wszystko jest proste jak się o tym mówi, w praktyce bywa różnie (śmiech).

 

Equista.pl: Dzięki jakim trenerom ta praktyka stała się dla Pana bliższa? 

Witold Niemojewski: Było ich bardzo wielu. Z Niemiec Wermann Schridde, który był głównym trenerem reprezentacji Niemiec, a przyjeżdżał do Austrii na zaproszenie i prowadził konsultacje. Joep Bartels, Gerd Wiltfang, Hugo Simon i Anthony Paalman. Sam dużo inwestowałem w siebie, jeździłem na kursy np. do Paula Weiera, czy Georga Wahl’a na dwa, trzy dni doszkalając się, zarówno pod kątem ujeżdżenia, skoków czy lonżowania.

 

wywiad Sylwetka: Witold Niemojewski - Konie dały mi wszystko equista.pl

 

Equista.pl: Jak bardzo istotne jest takie inwestowanie w siebie? 

Witold Niemojewski: Niezwykle istotne. Kto nie inwestuje w siebie, niestety jest niczym. Człowiek musi się od kogoś uczyć, samemu się nie da. To za długa droga i nie zdąży się jej samemu pokonać. Ludzie próbują się uczyć sami, na błędach. To oczywiście należy do życia, bo bez błędów nie ma nauki i nigdy się ich nie uniknie. Na dłuższą metę to się nie sprawdza. Szczególnie w jeździectwie.

 

Equista.pl: Z perspektywy czasu jak Pan myśli, jakie największe błędy Pan popełnił?

Witold Niemojewski: Błąd spieszenia się z koniem. To, że coś się musi. Muszę pokazać ludziom, że jestem dobrym jeźdźcem na przykład. Bzdura! Ale to jest taka wydaje mi się mentalność nas, Polaków. Często zbyt brawurowo podchodziłem do jeździectwa. Tak mnie uczono za młodu, nikt się wtedy nie przejmował bezpieczeństwem, a jak się złamało rękę, to głupi człowiek jeszcze był z tego dumny. Stąd popełniałem duży błąd zakładając, że inni się też nie boją, tak jak ja. Dopiero po pewnym czasie dowiadywałem się, że ktoś się bał wysokości itd. Najwięcej nauczyłem się trenować, kiedy moja córka zaczęła jeździć. 

Nauczyłem się takiej wrażliwości, tego, że dzieci traktuję się na treningu inaczej, czasem trzeba je rozśmieszyć, czasem podpuścić. Musiałem długo pracować nad zaufaniem i podstawami. Z biegiem czasu nauczyłem się co jest najważniejsze, ale to już bardziej w mojej stajni.

 

Equista.pl: Tak wiele ośrodków budował Pan niemal „od zera”, który był ten docelowy? 

Witold Niemojewski: Miałem stajnię w Krems Rorendorf, nad Dunajem. Gdzieś koło 80 roku miałem już stajnię gotową, niedużą, z małą halą, placem na zawody, rozprężalnią. Stajnia była na 25 koni, z końmi szkółkowymi i z moimi sportowymi na zawody i z jednym pony dla córki (śmiech). Później naturalnie to się rozkręcało, było 50 koni na hotelu, a cała kadra Austrii przyjeżdżała do mnie na treningi kilkudniowe, a w wakacje np. na miesiąc. 

 

Equista.pl: Dlaczego akurat do Pana przyjeżdżała kadra? 

Witold Niemojewski: Trenowałem kadrę austriacką Młodych Jeźdźców i Juniorów i niektórych Seniorów, gdzieś przez 7-8 lat. Zawsze ich gościłem, czy to na weekendy, czy na wakacje.

 

wywiad Sylwetka: Witold Niemojewski - Konie dały mi wszystko equista.pl

 

Equista.pl: To musiało być bardzo trudne zadanie! Proszę powiedzieć, jakie są różnicę w podejściu do trenowania tam, a tutaj w Polsce? 

Witold Niemojewski: Różnice są przede wszystkim w tym o czym mówiłem. W dialogu, rozmowie. Tam trenerzy dyskutują, spotykają się, nie boją się wysyłać swoich zawodników do innych trenerów na konsultację. Sam cały czas to robiłem. Często wymienialiśmy się z jakimś trenerem i ja jechałem do niego na kilka dni, a on do mnie. Po wszystkim spotykaliśmy się na kawie i omawialiśmy i zawodników i konie.

 

Equista.pl: Nie obrażał się Pan, jak się Pan dowiadywał, że jeźdźcy mieli z czymś problem, czegoś nie umieli, źle się czegoś nauczyli? 

Witold Niemojewski: Nie, nigdy. Teraz też interesuje mnie jak jeżdżą moi jeźdźcy (Witold Niemojewski jest trenerem w KJK Szary Michałowice – przyp. red.). Sam też nie mam problemu, żeby komuś powiedzieć co widziałem, co uważam. To jest całkowicie bezinteresownie i ja nie mam z tym problemu. Trzeba być pokornym w jeździectwie. Wiedzieć, że tak naprawdę nic się nie wie. Cały czas uczyć się od innych. Od osób wiele lat siedzących w koniach, ale też od laików, dzieci, dziewczyn, które dopiero zaczęły przychodzić do stajni. Często takie osoby mają tak świeże spojrzenie na konia i na to co się dzieję, że można się zdziwić.

.

Equista.pl: Czy liczył Pan w ogóle ile koni w życiu udało się Panu przygotować od zajeżdżenia do GP? 

Witold Niemojewski:  Nie wiem, nigdy nie liczyłem. Samych koni, które zajeździłem i przygotowałem jako tako do sportu było dużo. Masa, pewnie licząc w tysiącach. Od 4 latka do GP to nie tak wiele, pewnie z 20 koni. Takich doprowadzonych do ME było znacznie więcej.

 

wywiad Sylwetka: Witold Niemojewski - Konie dały mi wszystko equista.pl

 

Equista.pl: Czy podczas całego życia były konie, które szczególnie zapadły Panu w pamięć?

Witold Niemojewski: Najbardziej pamiętam Kalahari, była to bardzo szlachetna irlandzka kobyla, trochę wredna, w konkursach była niesamowita. Miałem z nią dużo problemów, była bardzo nerwowa. Kiedyś przez przypadek znalazłem na nią sposób. Tego konia trzeba było po rozprężeniu rozsiodłać na chwilę, tak aby się uspokoił. Zakładałem siodło dopiero na chwilę przed swoim przejazdem. Szła ME Młodych Jeźdźców z moim jeźdźcem i została sprzedana do Szwajcarii. Tam chyba jeszcze dwa razy szła ME. Pamiętam jeszcze takiego konia Mepi, poszedł do Ameryki. Kasia Moser jechała na nim dwa razy ME Juniorów i Młodych Jeźdźców.

 

Equista.pl: Jeżeli miałby Pan poradzić amatorowi/hobbyście na co zwracać uwagę przy wyborze konia, to o czym przede wszystkim by Pan mówił? 

Witold Niemojewski: Po pierwsze koń nie powinien być przebudowany zadem. Takiego konia trudno jest jeździć na zadzie. Powinno być tak, że kłąb powinien być przynajmniej na tej samej wysokości co zad, a najlepiej by było jakby kłąb był powyżej zadu. Charakter konia, który widać w oku. Oczy powinny być spokojne, nie latające, nie duże i wystraszone. Taki koń, który garnie do ludzi, jest bezpieczny. Dobrze by było, aby nie był koniem prowadzącym w stadzie na padokach za młodu. Najlepiej jakby był w tej ‚środkowej grupie’ też nie na końcu. Konie dominujące mają mocne ego - taki koń nie nadaje się dla amatora. Koń powinien być wygodny i jazda na nim praktycznie od razu powinna sprawiać przyjemność. Powinniśmy też mieć do niego zaufanie. Do konia, który nam nie odpowiada trudno się przyzwyczaić. Trzeba pamiętać, że hobbistów jest 90%, a  tylko 10% jeźdźców zawodowych.

 

Equista.pl: A właśnie ci ostatni jakie powinni wybierać konie? 

Witold Niemojewski: Zawodowiec bierze totalnego zbója. Najlepsze są te o bardzo mocnym ego, bandyckie bardziej z natury. To są najlepsze konie, bo są bardzo odważne, zadziorne, waleczne. Oczywiście zawsze muszą mieć dobrą głowę, tak żeby się uczyły. Mają być silne, szybkie, nie robić zrzutek, to dochodzi właśnie do odwagi. 

 

 Equista.pl: A technika skoku, tak ważna i oceniania przez wiele osób? 

Witold Niemojewski: (śmiech) Technika skoku jest nieistotna. Koń ma skakać czysto i mieć potęgę i być odważnym. Ja nie patrzę w ogóle na technikę. Powinno się skakać tak, jak koniowi jest najwygodniej. Nie zawsze budowa konia pozwala mu skakać książkowo. Konie w ogóle się powinno jeździć tak, jak one na to pozwalają. Powinno się je jeździć luźno. Jeśli ekstremalnie zbieram konia, to tylko na 3-4 foule, później jadę już normalnych galopem. Zawsze jeździ się łydką, a nie ręką.

 

wywiad Sylwetka: Witold Niemojewski - Konie dały mi wszystko equista.pl

 

Equista.pl: Czy takie właśnie błędy ludzie popełniają trenując i jeżdżąc konie?

Witold Niemojewski: Spieszą się i robią za dużo! Często na zawodach za dużo skoków oddają na rozprężalni, trenują na rozprężalni, niepotrzebnie konie meczą. Zapominają, że zwierzęciu tam bardzo ciężko jest się skoncentrować. Powinno się oddawać kilka skoków niskich, żeby koń się rozluźnił, przed wyjazdem oddać dwa wyższe skoki i koniec. Często jeźdźcy nie skupiają się na sobie tylko próbują nieudolnie naśladować innych. Zapominają, że mają inne konie, że np. sami są inni, mają inny charakter, budowę, siłę. W jeździectwie nie ma prostego równania. Z końmi nerwowymi np. nie powinno się ćwiczyć tej samej kombinacji, oprócz gimnastycznych rzecz jasna. Taki koń chce pokonać wszystko szybko, na pamięć, nie koncentruje się na zadaniu. Z takim koniem robi się dużo różnych ćwiczeń, tak aby nie mógł zgadywać i ciągle miał nad czym myśleć. 

 

Equista.pl: O czym jeszcze zapominają ludzie? 

Witold Niemojewski: O tym, że konie się psuje tylko na treningach, nie na zawodach. Na zawodach jedynie wtedy kiedy ktoś ma wypadek, wpadnie w przeszkodę albo się wywróci.

 

Equista.pl: Teraz Pan dalej trenuje zawodników, ale już sam nie jeździ. Jak to się stało, że Pan przestał? Kim wg. Pana powinien być trener? 

Witold Niemojewski: Bardzo ciężko jest przestać jeździć i zacząć tylko trenować. Ja byłem zmuszony przez wypadek, człowiek staje się bardzo zazdrosny. Patrzy na swojego jeźdźca i nie może strawić, że ten nie daję sobie z czymś rady. W ogóle zaczyna się od tego, że się nic nie rozumie. Trzeba jakby na nowo nauczyć się tłumaczyć, poznać tak jeźdźca i konia żeby wszystko o nich wiedzieć. Trzeba umieć dotrzeć do człowieka, do dziecka, do amatora. Zasłużyć na szacunek, osiągnięcia z przeszłości nie mają tu nic do rzeczy. Albo ktoś ufa trenerowi, albo nie ufa. Trenerstwo to zaczęcie innego stadium egzystencji, bo musisz mieć wynik. Wiele dni i nocy człowiek się zastanawia, główkuje, jak pomóc jeźdźcowi i koniowi. Trener musi się dostosować do każdego środowiska, akceptować każdych ludzi, nikogo nie faworyzować. Kiedy zaczyna się pracę w tym zawodzie, trzeba być przygotowanym, że się praktycznie nie ma prywatnego życia, trzeba być pomocnym 24h na dobę, np. w nocy odebrać telefon i jechać, bo komuś się zepsuła przyczepa. Jeśli ktoś nie jest na to przygotowany, to nie jest to zawód dla niego.

 

Equista.pl: Mocne słowa! Czy wytrzymałby Pan bez koni? Co takiego niesamowitego jest w tych zwierzętach? 

Witold Niemojewski: Próbowałem żyć  bez koni, pracować, ale się nie dało (śmiech). Co jest niesamowitego? Po pierwsze koń to bardzo duże zwierzę. Ludziom to się podoba, że mogą być koło takiego zwierzęcia. Ja jako dziecko siedziałem w stajni tylko u koni zimnokrwistych, u największych, dla mnie to była jakaś niesamowita fascynacja. Jak byłem starszy to zacząłem poznawać charaktery. Dowiedziałem się wtedy, że nie ma czegoś takiego jak ten sam koń. Każdy koń codziennie jest trochę inny. 

Koń to jest tak jak narkotyk. Ja mówię zawsze, ze jak ktoś wpadł, to z tego nie wyjdzie. Czasami może sobie zrobić przerwę ale wróci na 100%! 

To jest fascynacja, koń inaczej wygląda, inaczej się zachowuje codziennie, coś jest innego ciągle u tego konia. Nie ważne ile lat się ma danego konia. Zawsze czuć od niego to ciepło, to jak patrzy na człowieka z zainteresowaniem, jak rży na powitanie. To są jakieś niezastąpione rzeczy.

 

wywiad Sylwetka: Witold Niemojewski - Konie dały mi wszystko equista.pl

 

Equista.pl: I na koniec chcieliśmy zapytać, co Panu osobiście dały konie w życiu?

Witold Niemojewski: Dały mi dużo samodzielności. Takiej szybkości podejmowania decyzji. Dużo odwagi, dzięki jeździectwu nie bałem się absolutnie niczego. Nauczyły mnie tolerancji, obowiązku, dyspozycyjności, pokory, opieki, współczucia. Tego, że nie ma tak naprawdę w życiu niepowodzeń, że z wszystkim można sobie poradzić. W jeździectwie ma się tyle niepowodzeń, że te życiowe nie robią już takiego wrażenia i człowiek jest silniejszy. Konie mi dały wszystko…Jestem lepszym człowiekiem.

 

Equista.pl: Piękne podsumowanie! Bardzo dziękujemy za rozmowę! 

Witold Niemojewski: Ja również dziękuję i pozdrawiam!

 

 

 

 

fot. Dava Palej/Timeless Photography

 

 

 

 

 

 

Inspiracje

Facebook

Instagram